Moje uzależnienie od słodyczy – pierwszy krok

11 102

DAWNO, DAWNO TEMU…

Słodycze – mój pocieszacz, nagroda za sukcesy małe i duże, umilacz czasu. I wielkie przekleństwo. O szkodliwości cukrów prostych, z cukrem rafinowanym na czele, napisano już opasłe tomiska. Czymś innym jest jednak czytanie suchych faktów naukowych, a innym doświadczenie uzależnienia na własnej skórze. Postanowiłam podjąć walkę, mimo że do Nowego Roku jeszcze ciut pozostało. Wiem, że będzie to walka, gdzie poleją się pot i łzy. Tymczasem zapraszam Was do przeczytania, jak wiele słodycze namieszały w moim życiu. To mój pierwszy krok w kierunku pożegnania się z nimi – uświadomienie sobie problemu.

Nie wiem, ile miałam lat (a może jeszcze miesięcy), kiedy poznałam smak słodki. Zapewne było to jeszcze w brzuchu mojej mamy, która lubiła w ciąży pozwolić sobie czasem na ptysia. 🙂 Na pewno miałam słodkie dzieciństwo, choć nie jadłam jednorazowo dużych ilości łakoci – głównie były to małe batoniki, niewielkie paczuszki chrupek. Bliscy nie chcieli źle, a media nie mówiły wówczas tak wiele o szkodliwości słodyczy dla rozwoju dziecka. Ale ziarno złego zostało zasiane.

Właściwie już jako dziecko miewałam napady złości i smutku. Można to tłumaczyć skokami rozwojowymi, buntem, charakterem i innymi czynnikami. Ale dziś zastanawiam się, czy nie sprzyjało temu regularne jedzenie słodkości. Obawiam się, że mogło tak być, bo moja nerwowość była czasami trudna do zrozumienia i nieadekwatna do sytuacji.

Dzieciństwo jednak minęło, a słodycze… trwały w moim życiu. Prawdziwy problem zaczął się dopiero wówczas, kiedy zaczęłam dysponować własnymi pieniędzmi.

W SZPONACH SŁODKOŚCI

Przez wszystkie lata mojej nastoletniości i młodości bywało różnie. Zdarzały się okresy, kiedy słodyczy było mniej, ale niestety – najprzyjemniejszym momentem dnia był zazwyczaj ten, kiedy zasiadałam z gazetą/książką oraz czekoladą/paczką ciastek i pochłaniałam je za jednym zamachem. Doszło do tego, że potrafiłam zjeść DWIE CZEKOLADY na raz. I wcale nie było mi niedobrze! Co gorsza nie tyłam, wagę zawsze miałam w normie. To pozwalało mi zachować pozory bezkarności. Mój organizm chyba nastawił się na szybkie, ogromne wyrzuty insuliny i przyzwyczaił się, ale nie łudziłam się, że skończy się to dla mnie dobrze. Wiedziałam, że skoki cukru i szkodliwe substancje zawarte w słodyczach prędzej czy później doprowadzą mnie do poważnej choroby.

 

Fot. Eduard Militaru / unsplash.com

 

I WTEDY TROCHĘ PRZYSTOPOWAŁAM

Zmiana przyszła niejako automatycznie. Kiedy poszłam do pracy, stres i nawał obowiązków sprawiły, że nie miałam siły ani czasu na myślenie o jedzeniu, nawet o słodyczach. Niestety, kiedy wszystko się uspokajało, NAGRADZAŁAM się za trudy życia paczuszką słodyczy albo POCIESZAŁAM, bo przecież „tyle przeszłam i tyle się namęczyłam”.

I tak krzywdziłam samą siebie.

Dopiero ciąża i okres karmienia piersią sprawiły, że włączył mi się rozsądek. Nie umiałam zawalczyć dla siebie, ale miłość macierzyńska zrobiła swoje. Jeśli jadłam słodycze, to te mniej niezdrowe, lepszej jakości i przede wszystkim w dużo mniejszych ilościach.

Piersią trochę jeszcze karmię, bo moje dziecko (ma niespełna półtorej roku) potrzebuje zarówno mleka, jak i płynącej z karmienia bliskości. Ale zauważyłam, że jeśli chodzi o słodycze, zaczynam pozwalać sobie na zbyt wiele. Dlatego…

CZAS POWIEDZIEĆ DOSYĆ!

Nie chcę znaleźć się znów w tym samym miejscu, w którym byłam jeszcze kilka lat temu. Kiedy dzień zaczynałam z myślą, co dziś zjem słodkiego, kiedy po każdym niepowodzeniu szłam do sklepu, a po ciężkim dniu szukałam stoiska z cukierkami.

Mimo że w ważnych momentach potrafiłam się ograniczyć, to uważam, że przez całe swoje życie jestem niewolnikiem słodyczy. Wszak również alkoholizm wiąże się z długotrwałymi okresami abstynencji – jednak alkoholikiem jest się cały czas.

Generalnie odżywiam się zdrowo, jem sporo naturalnych, nieprzetworzonych produktów, jestem szczupła. Ale nie chcę niszczyć tego dostarczaniem sobie zła, które zawierają przemysłowe słodkości.

Chcę podzielić się z Wami moją ścieżką walki ze słodyczoholizmem. A może też zachęcić do zrobienia tego samego? Czy są tu jeszcze jacyś niewolnicy cukru?

W kolejnym artykule z tej serii napiszę, jak cukier rafinowany oddziałuje na ludzki organizm i jak działał na mnie. Zapraszam!

 

You might also like More from author

  • Na szczęście ja nie mam większego problemu z jedzeniem słodyczy. Jem je naprawdę od wielkiego dzwonu albo sama je robię tak aby były zdrowsze od sklepowego badziewia 🙂

    • O tak, samodzielna produkcja ratuje niejednego łakomczucha. Gorzej, jeśli łakomczuch jest jednocześnie leniem. 😉 Ale i dla takich jest sposób – proste i szybkie przepisy. 🙂

  • Bardzo ciężko jest zwalczać dawne przyzwyczajenia. Ja sama z upodobaniem do słodyczy z dzieciństwa walczę całe swoje dorosłe życie, co niestety w pewnych jego momentach przedkładało się na moją wagę (a właściwie nadwagę). Ale jakoś to wszystko trzeba sobie poukładać w głowie i nie poddawać się:)

    • U mnie słodycze nie powodują wzrostu wagi, ale chyba wolałabym, żeby było inaczej. Gdy człowiek tyje, ma motywację do rzucenia nałogu. A jeśli nie tyje… słodycze niszczą go od środka, dając złudzenie, że wszytko jest w porządku. 🙁

  • Ja ze słodyczy nie potrafię całkowicie zrezygnować, ale staram się wybierać te zdrowsze, ewentualnie po jakieś naturalne zamienniki przegryzek 😉

    • U mnie sprawdza się niekiedy takie napchanie żołądka owocami, że na słodycze nie ma już miejsca. 🙂 Ale to tylko półśrodek, bo i nadmiar owoców może zaszkodzić…

  • Długo nie miałam problemu z cukrem. Właściwie wolałam dobry kawałek mięsiwa niż sernik. Dużo piekłam w domu, ale sama rzadko jadłam – chyba najadałam się w trakcie przygotowywania ciast :D.

    Ze słodyczami pofolgowałam sobie w czasie karmienia piersią. Oczywiście były to wypieki domowe, eco-zdrowe słodycze, ale nadal – cukier. Doprowadziłam się do momentu, kiedy mój organizm tak potrzebował cukru, że robiłam się rozdrażniona kiedy o konkretniej porze dnia nie zjadłam cukru. Wtedy nie tyłam, bo Jasiek jadł dużo, do tego reularnie ćwiczyłam więc figurę miałam okay. Teraz niestety muszę ograniczyć treningi. I dlatego też teraz – podobnie jak Ty – zrezygnowałam ze słodyczy. W momentach kryzysowych zjadam suszoną żurawinę lub nerkowce i to mi wystarcza. I czuje się o niebo lepiej 😉

    Także gorąco kibicuję! Jestem po tej samej stronie 🙂

  • Nie jadłam słodyczy i nie czułam takiej potrzeby przez bardzo długi czas. Aż do momentu, gdy w pracy swego rodzaju ceremonią stało się parzenie kawy i coś na ząb. Nawyk pozostał i jest zdecydowanie numerem jeden do jak najszybszego wyeliminowania!

  • Podpisuję się obiema rękami. Moje zamiłowanie do słodkości czasami przechodzi dozwolone normy. Nie kończy się na jednej czekoladce, ale na 4 czy 5. Do tego słodka kawa, herbata i inne napoje. Strach wyliczać. Trzeba walczyć.

  • Ja mam problem z czekoladą. O ile ogólnie do słodyczy mnie nie ciagnie to tabliczkę czekolady zjadam cała naraz. Szczególnie jak mam zły dzień.

  • Matka bez lukru

    Jakże ja Cię rozumiem! Nagradzanie, pocieszanie i odstresowywanie się za pomocą słodyczy znam doskonale! Trzeba walczyć! Będę do Ciebie częściej zaglądać bo widzę, że mogę się wiele nauczyć. Może też jakoś podzielić swoim doświadczeniem!

Close