Dlaczego rak budzi trwogę? Kilka słów o nadziei

15 1 354

Nie ma chyba drugiej choroby, która budziłaby taki lęk. „Najważniejsze, że to nie rak” – zdarza się słyszeć po diagnostyce choroby. Mawiają tak i pacjenci, i lekarze. Dlaczego tak się dzieje, mimo że są też inne choroby trudne do wyleczenia i prowadzące do śmierci? A Polacy częściej umierają na choroby układu krążenia niż na nowotwory? Warto „odczarować” raka, bo wtedy… łatwiej będzie z nim walczyć. A także ze strachem przed nim.

Dlaczego więc rak budzi trwogę?

Myślę, że przyczyny trzeba szukać w przeszłości. Nawet całkiem nieodległej. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu rak rzeczywiście najczęściej prowadził do szybkiej śmierci, bo diagnostyka onkologiczna była na dużo niższym poziomie, a ludzie badali się profilaktycznie jeszcze rzadziej niż teraz. Rak był wówczas tak naprawdę wyrokiem śmierci, synonimem umierania. A nawet jeśli była szansa na wyleczenie, nie wierzono w nią, tak silnie zakorzeniony był lęk przed chorobą.

I wtedy zdarzały się wyzdrowienia w sytuacjach pozornie beznadziejnych, ale były rozpatrywane w kategoriach cudu. Do dziś pamiętam historię koleżanki mojej mamy, u której w wieku 28 lat zdiagnozowano raka piersi w zaawansowanym stadium. Nie wiem, czy byłam już wtedy na świecie, możliwe, że nie. Wiem tylko, że pani ta jeszcze kilka lat temu miała się dobrze i chyba w dalszym ciągu żyje, bo nie dotarła do mnie informacja o jej śmierci.

Mimo to pamiętam z dzieciństwa słowo „rak” wypowiadane ściszonym, pełnym trwogi głosem, nawet jeśli dotyczyło dalszych znajomych. Pamiętam, że kiedy zachorował mój dziadek, nikt nie chciał nazwać tej choroby, choć wszyscy o niej wiedzieli. Tak jakby słowo „rak” kłuło w język i groziło zarażeniem.

Lęk przed wykluczeniem i stygmatyzacją

Myślę, że lęk przed rakiem to również… nasza wina. To znaczy tych zdrowych (lub nie wiedzących, że są chorzy). David Servan-Schreiber w kultowej książce „Antyrak” opisuje reakcje kolegów lekarzy na swoją chorobę:

Większość lekarzy nie wiedziała, jak
się do mnie zwracać jako do pacjenta i równocześnie kolegi. Pewnego
wieczoru spotkałem na kolacji mojego ówczesnego onkologa, znakomitego
specjalistę, którego bardzo lubiłem. Na mój widok pobladł, a niedługo
potem wyszedł pod jakimś kiepskim pretekstem. Nagle poczułem, że
istnieje klub żywych, którzy dają mi sygnał, że już nie jestem jego
członkiem. Przestraszyłem się, że stanowię oddzielną kategorię ludzi,
zdefiniowaną przez chorobę.*

Być może nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale chory na raka jawi się nam jako ktoś słabszy, ułomny, nagle należący do innego świata. Jako ktoś, po kogo kostucha wyciąga już swoją rękę. Nigdy tego nie rozumiałam i nie akceptowałam. Podziwiam tych, którzy mimo choroby starają się żyć normalnie, podejmując niekiedy heroiczny wysiłek. Podziwiam ich i szanuję. To fakt, należą oni do innego świata. Do świata, w którym bardziej docenia się dzień dzisiejszy i wszystkie smaki życia.

Fot. Mag Pole/www.unsplash.com

Boimy się raka również z powodu jego nieprzewidywalności

Bo tak naprawdę nie ma specyficznych oznak tej choroby na żadnym z jej początkowych etapów. Niemal każdy z objawów może oznaczać raka lub nie. Ból głowy może być objawem zmęczenia i raka mózgu. Osłabienie może być oznaką niedoboru witamin i zaawansowanego raka żołądka. To sprawia, że nie chcąc podejrzewać choroby w każdym sygnale organizmu, całkowicie negujemy możliwość zachorowania. Chcemy żyć w iluzji i świecie nieśmiertelnych.

To lęk jest więc logicznym wytłumaczeniem, dlaczego ignorujemy niepokojące objawy i nie idziemy lekarza. Funkcjonujemy w myśl zasady: jeśli czegoś nie widzę, nie wiem, to tego nie ma. Ale życie to nie Kraina Czarów. Powinniśmy ukierunkować nasz lęk w stronę działania, a nie bierności.

Nie da się ukryć, że mimo rozwoju metod leczenia bólu rak to w jego zaawansowanym stadium również wielkie cierpienie. Wie o tym nawet ten, kto nie doświadczył choroby w swojej rodzinie czy wśród bliskich znajomych. I właśnie strach przed cierpieniem, bólem i wyniszczeniem sprawia, że samo słowo „rak” budzi w nas wielką trwogę. A czas oczekiwania na diagnozę wiele osób określa jako najgorszy czas w życiu.

Bo łatwiej jest nie zmieniać swoich przyzwyczajeń…

Wypieramy raka ze swojej głowy również po to, by móc… żyć jak dawniej. Palić, pić alkohol, niezdrowo się odżywiać. Nic nie denerwuje mnie tak bardzo, jak mówienie, że „na coś trzeba umrzeć” albo „mój dziadek palił i żył 90 lat”. A najbardziej tego typu słowa denerwują mnie wówczas, gdy padają z ust osób, które mają rodziny, małe dzieci. To brak wyobraźni. I brak odpowiedzialności.
Chyba żadna inna choroba nie zmienia życia tak bardzo jak rak. Zaczyna się ono toczyć wokół szpitala, chemio- lub radioterapii, operacji, oczekiwania na wyniki badań, wreszcie wizyt kontrolnych. I tak naprawdę nigdy nie ma pewności, czy choroba da za wygraną, nie ma komfortu zakończonej sprawy. Bronimy się więc przed zmianą pozytywnego status quo rękami i nogami i… nie bierzemy pod uwagę tego, że możemy zachorować. Bo ludzie na dłuższą metę nie lubią zmian. Szczególnie tych nieprzyjemnych. Ba, ja też ich nie lubię. Stąd wypieranie choroby przez osoby, u których objaw siedzi na objawie, a które i tak nie idą do lekarza.
Nadzieja na pokonanie raka
Fot. Krista McDonald/www.unsplash.com
Tymczasem choroby nowotworowe można skutecznie leczyć, a nawet obecność przerzutów nie wyklucza wielu lat życia. I całkiem często komfort tego życia jest znośny. W tym momencie wiele osób mogłoby pewnie podać przykład aktorki Ani Przybylskiej, która mimo determinacji, walki i młodego wieku nie pokonała choroby. Ale kto wie, czy ostatnie półtora roku to nie był najważniejszy czas w jej życiu, kiedy żyła pełniej, świadomiej i mimo wszystko piękniej?

Odczarowanie raka to połowa sukcesu

Jeśli zaczniemy traktować tę chorobę jako batalię trudną, ale jednak do wygrania, zyskamy podwójnie, a nawet potrójnie. Przestaniemy bać się profilaktyki. Większy sens zaczniemy widzieć w dbaniu o siebie. A przede wszystkim łatwiej nam będzie wyzdrowieć, bo nie poddamy się na starcie, słysząc o chorobie. A z zapasem sił zyskamy większą szansę na to, by wygrywać poszczególne bitwy, a także całą wojnę. I zrozumiemy, że życie nie kończy się w chwili diagnozy, a jedynie zyskuje trudniejszy, choć zarazem pełniejszy wymiar.

* David Servan-Schreiber, Antyrak, Warszawa 2008
* Zdjęcie główne: Ezra Vaughn/www.unsplash.com

  • Piszesz prawdę, zdrowi ludzie boją się chorych na raka. Nie wiedzą jak z nimi rozmawiać i robi się bardzo sztuczna atmosfera. Również chorzy nie wiedzą o czym rozmawiać z bliskimi, którzy nie czują tak jak oni. Ja jak wyszłam ze szpitala to wydawało mi się, że już do tej rzeczywistości nie pasują. Nie umiałam się z nikim ze zdrowych dogadać. Teraz po 3 latach wszystko minęło, ale nie było łatwo.

    • Zauważyłam, że ludzie boją się rozmawiać nawet z tymi, których bliscy chorują. Ale myślę, że nie ma w tym ich złej woli, to po prostu wstyd i skrępowanie niełatwe do opanowania. Może głupio im w obliczu sytuacji "gadać o głupotach", a nie potrafią poruszyć obiektywnie trudnego tematu? Czasem mam wrażenie, że wystarczy jedno zdanie, które zburzy mur, a później jest już łatwiej rozmawiać. Ale właśnie o to pierwsze zdanie jest bardzo trudno…

  • Bardzo trudny temat, ale nalezy go poruszac i uswiadamiac ludzi

    • Dokładnie, taka była moja intencja. Mam nadzieję, że mimo wszystko w artykule było więcej nadziei niż trwogi. 🙂

  • O nadziei chętnie czytam i mówię, o chorobach niekoniecznie – ale to nie znaczy, że bałabym się chorych na raka…

    • Czasem jedno nierozerwalnie łączy się z drugim i nie da się mówić o tych dwóch sprawach osobno. Ale to nie znaczy, że ewentualny strach jest czymś złym. Jest normalny, grunt to go przełamywać. No i oczywiście jest wiele osób, które do tematu choroby podchodzą zupełnie normalnie i bez skrępowania, tego absolutnie nie neguję.

  • Wiesz, moja Mama chorowała 3 lata na raka piersi, zmarła niecały rok temu. Z osoby otaczającej się znajomymi i przyjaciółmi, którym zawsze chętnie pomagała – w miarę jak choroba postępowała – została prawie sama. Zostałysmy przy niej Ja, moja mała Dziecinka, szescioletnia suczka i jedna jedyna przyjaciółka. Ludzie albo odsunwli się, albo wymagali od Mamy ciągłej uwagi i pomocy, dzwonili z problemami itd. Nikomu nie przyszło do głowy że zwyczajnie nie ma na to siły, bo choroba Jej wszystkie zabiera.

    • To przykre, co piszesz. Ale najważniejsze, że Twoja Mama nie była sama. Było z nią kilka kochających, pewnych jak skała osób. A inni… Chcę wierzyć, że to nie zła wola, tylko brak wyobraźni, a to chyba łatwiej wybaczyć.

  • na własne oczy widziałam jak straszną dla osoby chorej i kochających ją bliskich … i szybko postępującą chorobą jest rak… samo to słowo wywołuje u mnie smutek

    • Dlatego właśnie w tym miejscu i nie tylko tutaj bardzo gorąco chcę namawiać do profilaktyki i dbania o siebie… Fakt, to nie zawsze pomoże, bo są geny i czasem po prostu NIC nie da się zrobić. Chociaż… Organizm wzmocniony zdrowym odżywianiem i ruchem będzie skuteczniej walczył z chorobą, nawet jeśli nie da się od niej uciec.

  • Faktycznie trudny temat podjęłaś Agnieszka.
    Zamierzasz to zrobić wyzwaniem na swoim blogu?
    Faktycznie jest to temat tabu, może ty go będziesz łamać?

    • Nie wiem, jak to się dalej potoczy, tym bardziej, że nie jestem ani lekarzem, ani osobą chorą. Mam natomiast kontakt z chorymi w swoim bliskim otoczeniu. I widzę, że rak to nie wyrok. Jeśli miałabym łamać tabu, to z perspektywy zwykłego człowieka, a nie specjalisty. W pierwszej kolejności chcę uzupełniać luki we własnej wiedzy, a potem… dzielić się swoimi poszukiwaniami z innymi. Jeśli ktoś na tym skorzysta, będę szczęśliwa.

  • Moim zdaniem boimy się raka, gdyż jest coraz większe prawdopodobieństwo, że większość z nas go będzie miało lub ktoś z ich bliskich mieć go będzie. Żyjemy w brudnym, zanieczyszczonym środowisku, jemy żywność z chemią, nie dbamy o siebie, nie robimy regularnie badań. U mnie w ostatnim czasie jedna osoba z rodziny zmarła na raka, druga wciąż z nim walczy.

  • A ja myślę, że się boimy dlatego, że w większości przypadków kończy się jak się kończy 🙁 Ile znasz/znacie osób, które wygrały? Ja niewiele, a Ty/Wy? Wierzę jednak, że może to się zmieni/zacznie zmieniać, niedługo …Mój mąż czasem ogląda różne filmiki na ten temat i choć są one niezależne, prawie wszystkie łączy jedno – dieta. Niestety ale coraz częściej mam wrażenie, że pokolenie moich dziadków dożywa sędziwego wieku podczas, gdy pokolenie moich rodziców/moje, no cóż będzie żyło krócej ;/ Nie wiem czy czytacie etykiety na produktach, ja od długiego czasu tak i kupienie zdrowej wędliny graniczy z cudem. Ech ciut zmieniłam temat 😉 choć to powiązane przecież 😉

  • Wow, szukałam takiego miejsca i znalazłam! Od jakiegoś czasu bardzo zwracam uwagę na swoje zdrowie. Odkąd dowiedziałam się, że w mojej rodzinie są dwie osoby chore na raka, zaczęłam też bardziej dbać o wizyty kontrolne i nagabywanie lekarzy o skierowania na morfologię, usg i inne badania. Ostatnio moja znajoma powiedziała mi, że siostra jej mamy miała raka. Zapytałam czy mama miała zrobione testy genetyczne, bo w przypadku takiego pokrewieństwa jest to refundowane. Dowiedziałam się, że nie. Nie chce wiedzieć. Nie chce nawet zrobić sobie usg. Nie mogłam w to uwierzyć. Przecież z wcześnie wykrytym rakiem można wygrać! To jest właśnie coś, co mnie przeraża bardziej niż sam rak – to że ktoś mógłby tak na wejściu się poddać.